"- Ty wiesz, co! Udało mi się dzisiaj zrobić wszystko co planowałem!" - usłyszał podróżujący Pielk i nadstawił ucha i oka. Ucha, żeby potencjalnie dowiedzieć się jak planować, a oka żeby sprawdzić czy przypadkiem współpasażer nie jest odpowiednim kandydatem na Pielko-Męża, bo Pielk już wie z obserwacji i doświadczeń przeróżnych, że sto procent wykonanego planu to - umówmy się: elita ludzkości. Okazało się jednak, że za myślą pana pasażera nie szło już zupełnie nic więcej. Ot, pochwalił się przed kolegą. I z oświadczyn nici, ze ślubu nici, hormony nie buzują, a w ogóle to pewnie mu tam raz wyszło i wielkie halo.
Po pierwotnym oburzeniu, że jednak podróżując pociągiem nie dowiem się jak żyć (swoją drogą od premiera się nie dowiedziałam, od przyjaciół się nie dowiedziałam, od rodziny również, od przypadkowych przechodniów także, to jest to dla mnie wystarczający argument, żeby uznać, że są takie rzeczy, które sama samiusieńka wiem najlepiej) przyszła do mnie - być może prosta, acz pewnie mniej instynktowna - myśl, że: panu się nie udało tylko się nauczył. Z tym, że nie tego jak planować (bo to też żadna filozofia, każdy poradnik dla opornych Ci powie. Nawet ten, który w ogóle nie będzie związany z tym czego w nim szukasz. Chcesz schudnąć? Planuj! Chcesz awansu w pracy? Zaplanuj cel!), ale tego jak się nie przeceniać.
Swego czasu codziennie wieczorem siadałam z kartką i długopisem i zastanawiałam się nad tym co mam do zrobienia następnego dnia. Kartka była formatu A4. Potrafiłam zapisać całą i nawet mi przez myśl nie przeszło, że nie dam rady, bo jutrzejsza doba ma dokładnie tyle samo godzin co ta dziś. Ba, w samym fakcie zapisania jednej strony widziałam nadzieję - wszak zabazgrałam papier tylko jednostronnie! Każdy punkt miał podpunkt, potem jeszcze literki i myślniki, a na koniec priorytetowo na zielono to co nie jest takie superważne, ale chętnie bym zrobiła a na czerwono to co muszę już zrobić, bo dziś nie zdążyłam i przełożyłam na to cholerne jutro. Aaaaaa! I guzik. Podczas planowania, zawsze, ale to zawsze wydawało mi się, że jestem superherosem tyle, że bez fikuśnych rajstopek, światowej sławy i umiejętności latania.
Nie jestem.
Po pięćdziesiątej próbie naprawienia świata za pomocą kolorowej kartki A4 mój plan na jutro ma dziesięć punktów.
Czasem sobie usiądę, poknuję i skrobnę w klawiaturę :) A Ty? Co dobrego dzisiaj zrobisz?
18 lutego 2013
15 lutego 2013
"Hello teacher, tell me what's my lesson"?
Witam,
zanim zabrałam się do pisania bloga
przejrzałam kilka innych i nawet natknęłam się na informacje z
cyklu „co zrobić, żeby nie zanudzać na wstępie”, „jak
zatrzymać czytelnika na dłużej”, czy też – wersja dla
leniwych - „blog od kuchni na szybko”, chociaż nie pamiętam już
czy ten ostatni nie był po prostu o studenckich kulinariach w wersji
instant.
Jednak wstępnie z sieciowego
research'u wyszło mi tyle, że ten wpis powinno zaczynać jakieś
lotne motto, które pozwoliłoby Wam zapamiętać, że ja to ja i że
extra-klawo-czadowy jest sam fakt, że nastukałam w klawiaturę
kilka zdań. Koledzy marketingowcy pewnie będą zawiedzeni, ale
żadne lotne motto mi nie przyszło do głowy (cóż, od jakiegoś
czasu podejrzewam, że mój mózg (prawdopodobnie zresztą ludzki w
ogóle) to wcale nie jest ferrari z turbodoładowaniem, które
ogarnia każdą drogę jaką przyjdzie mu przemierzyć, nawet jeśli
jest to mongolska autostrada (i tu informacja na przekór tym, co to
sobie tak lubią z rana ponarzekać czy to hobbystycznie czy ku
podtrzymaniu rodzimej kultury narzekaczej – znalazłam kiedyś
ranking 50 najgorszych dróg na świecie, i nie ma tam Polski, nie ma
jej zresztą nawet w pierwszej dwudziestce)). Wracając jednak do
mózgu to jak wspomniałam kilka linijek wyżej nie jest to
najwspanialszy wynalazek ludzkości, a że ja się od tej ludzkości
zasadniczo przesadnie nie różnię, to i nie mam w głowie
czerwonego, klimatyzowanego jumbo jeta, ale normalnie jak większość
– trabanta czy inną wołgę. Ci mniej rozwinięci ewolucyjnie to
pewnie mają furmankę. Nawiasem: moja wrodzona złośliwość właśnie mi
podpowiedziała, żebym uważała, aby nie być jak Wiadomo - Jaki - Samolot, z Wiadomo - Jakiej - Katastrofy i się nie roztrzaskać o brzozę
z Wiadomo - Jakiego - Kraju.
Niemniej motta nie będzie. A co
będzie? To zależy od tego jak się będziemy dogadywać. Nie tyle
ja z Wami, co ja ze sobą. Z pewnością nie będzie wszystkiego, bo
nie znam się na wszystkim i mam ku temu powody, do których nie
należą ani brak czasu, ani brak chęci, ani nawet brak
ultraszybkich neuronów między jednym uchem a drugim.
Czuję, że zaczął mi się pisaczy
okres. Przypuszczam, że dość dawno, pewnie byłam wtedy
pacholęciem. A długo, długo potem uznałam, że to całkiem
przyjemnie tak sobie usiąść, poknuć i coś napisać.
Welcome into the jungle!
Subskrybuj:
Posty (Atom)