Usiadła z kubkiem kawy. Niby środek marca, a nie dość, że zima po kostki, to na dodatek wszędzie jej mówią, że wybór nowego papieża jest najważniejszym wydarzeniem miesiąca, że powinna wiedzieć, kto nim został, dlaczego wybrał takie a nie inne imię i - o zgrozo - powinna również pamiętać, że kioskarzowi u którego obecny papież przez pięćdziesiąt lat kupował gazety jest smutno i łza się w oku kręci na myśl, że stracił stałego klienta. I oczywiście nie zaszkodziłoby jej gdyby pamiętała, że Franciszek przez dekady robił sobie regularny pedicure i nie ma problemów z chodzeniem. Tyle ważnych rzeczy a dopiero 9.00.
Idzie ulicą. Tam między wierszami z kolei słyszy, że super-extra ważne jest to, że piaskarki nie jeżdżą, że śnieg w marcu to dziwadło pogodowe i na bank będzie katastrofa ekologiczna. 11.00.
Do 14.00 dowie się, że dla jej życia priorytetowe znaczenie mają relacje Marii Czubaszek z siostrą, umiejętność obsługi urządzeń elektronicznych przez Jarosława Kaczyńskiego, kondycja Kubicy, samopoczucie Justyny Kowalczyk oraz film dokumentalny o Jezusie ze Świebodzina. Potem jeszcze raz jej przypomną o papieżu. Na wszelki wypadek pewnie, gdyby Franciszek jutro zrezygnował albo metaforycznie lub dosłownie wyciągnął nogi czy coś, to przynajmniej będzie na bieżąco.
Tak opanierowawszy mózg zupełnie zbędnymi informacjami siada do laptopa i próbuje napisać coś swojego. O czymś co jest ważne, albo o kimś może. Cokolwiek. Coś, co sprawi, że odzyska poczucie jakiejkolwiek kontroli nad swoim umysłem. Myśli, czyli krótko mówiąc jest w tym stanie, w którym zazwyczaj ludzie pytają - "A Ty co tak siedzisz i nic nie robisz?".
Przyszedł e-mail. Cholera, chyba ważny. Ty, ale czekaj towarzyski tylko, to się kumpel nie obrazi jak mu odpisze jak już wymyśli co ma do wymyślenia. No, ale przyjaźń ważna rzecz to lepiej napisze od razu. Napisała. Znowu myśli. Tylko już nie o higienie swojego umysłu, a o tym co to ona w ogóle chciała. Po jaką cholerę siedzi przed tym laptopem. A! miała zebrać myśli. Zebrała. Patrzy na zegarek. Północ. Bożeee, ale się dzisiaj wydarzyyyyło. Jest zmęczona. Pokłóciłaby się z kimś, żeby chociaż wiedzieć co ją denerwuje, ale wszyscy z którymi się zazwyczaj ładnie różni poszli spać. Napisała dwa zdania. Skreśliła, poprawiła i poszła odzyskać mózg.
Czasem sobie usiądę, poknuję i skrobnę w klawiaturę :) A Ty? Co dobrego dzisiaj zrobisz?
18 marca 2013
11 marca 2013
More or less?
Jeśli coś mnie interesuje to zazwyczaj prawdę powiedziawszy niespecjalnie można ze mną porozmawiać o czymkolwiek innym, gdyż przy każdej możliwej okazji niby przypadkiem, niby mimochodem - hecnie zmieniam temat.
Obrazując zupełnie przeciętny dialog ze mną wygląda średnio dwieście razy na dwieście dwa tak (dwa to sytuacje, w których najnormalniej nie lubię swoich rozmówców, albo jestem na tyle zmęczona, że nie obchodzi mnie co u mnie samej):
Ja: o! Co u Ciebie? (złośliwi powiedzą, że to jest moment, w którym szukam pola do zaczepki, ale ja w ogóle nie wiem o co im chodzi!)
Współkonwersator (pewnie nie ma takiego słowa, bo brzmi jak nazwa zawodu): A w sumie spoko. Wiesz idę ostatnio ulicą i widzę, a tam dziewczyna w taaaaaakich szpilkach, po taaaaaaakim śniegu szła. Dasz wiarę? Ale tak w ogóle to dobrze. W pracy też wszystko w porządku, w domu ok... (przeciętnie nie da się więcej powiedzieć na jednym wdechu, dlatego Współkonwersator łapie oddech i pojawia się zazwyczaj pytanie- morderca...) A co u Ciebie Pielks?
Ja: Super. Ostatnio przeczytałam / obejrzałam / zobaczyłam / zrobiłam (tu historia na którą nie mamy tyle czasu :)) i mówię Ci no! Tak mi się podobało (bądź nie podobało i jestem wściekle oburzona, ale to oczywiście zależy od historii na którą nie mamy tyle czasu :)).
<jakieś 20 minut później dokonuję autorefleksji, która może nie jest zbyt rychliwa, ale grunt że nadchodzi, gdyż właśnie wtedy dociera do mnie, że nie dowiedziałam się co słychać u rzeczonego Współkonwersatora. Poza tym już prawdopodobnie nie mam czym oddychać> No, to mówisz, że u Ciebie wszystko ok?
Współkonwersator: No w sumie tak. Ostatnio...
Ja: Kurczę, wiesz co! Bo ja w zasadzie muszę już lecieć, ale jesteśmy w kontakcie i zgadamy się, słowo.
Tak się właśnie słyszę. Od niedawna. Moje otoczenie trochę do tego przywykło, co bliżsi to już wiedzą, że nawet jak nie zapytają co u mnie to i tak im powiem, więc czasem obustronnie omijamy dzienną porcję kiziania i głasków. Tylko walę od razu między żebra. W sumie jak już powiem co mam do powiedzenia to zazwyczaj jest po bólu.
Hecność całej sytuacji polega na tym, że o wszystkim co mnie kiedykolwiek interesowało dowiedziałam się od innych ludzi. Z tych krótkich zdań między moim pierwszym oddechem a drugim. Myślę sobie zatem, że jednak mniej często znaczy więcej. Może właśnie dlatego Antonii Słonimski ponoć kiedyś napisał recenzję filmu złożoną z dwóch słów "Krótka rolka". Koniec. Amen.
Obrazując zupełnie przeciętny dialog ze mną wygląda średnio dwieście razy na dwieście dwa tak (dwa to sytuacje, w których najnormalniej nie lubię swoich rozmówców, albo jestem na tyle zmęczona, że nie obchodzi mnie co u mnie samej):
Ja: o! Co u Ciebie? (złośliwi powiedzą, że to jest moment, w którym szukam pola do zaczepki, ale ja w ogóle nie wiem o co im chodzi!)
Współkonwersator (pewnie nie ma takiego słowa, bo brzmi jak nazwa zawodu): A w sumie spoko. Wiesz idę ostatnio ulicą i widzę, a tam dziewczyna w taaaaaakich szpilkach, po taaaaaaakim śniegu szła. Dasz wiarę? Ale tak w ogóle to dobrze. W pracy też wszystko w porządku, w domu ok... (przeciętnie nie da się więcej powiedzieć na jednym wdechu, dlatego Współkonwersator łapie oddech i pojawia się zazwyczaj pytanie- morderca...) A co u Ciebie Pielks?
Ja: Super. Ostatnio przeczytałam / obejrzałam / zobaczyłam / zrobiłam (tu historia na którą nie mamy tyle czasu :)) i mówię Ci no! Tak mi się podobało (bądź nie podobało i jestem wściekle oburzona, ale to oczywiście zależy od historii na którą nie mamy tyle czasu :)).
<jakieś 20 minut później dokonuję autorefleksji, która może nie jest zbyt rychliwa, ale grunt że nadchodzi, gdyż właśnie wtedy dociera do mnie, że nie dowiedziałam się co słychać u rzeczonego Współkonwersatora. Poza tym już prawdopodobnie nie mam czym oddychać> No, to mówisz, że u Ciebie wszystko ok?
Współkonwersator: No w sumie tak. Ostatnio...
Ja: Kurczę, wiesz co! Bo ja w zasadzie muszę już lecieć, ale jesteśmy w kontakcie i zgadamy się, słowo.
Tak się właśnie słyszę. Od niedawna. Moje otoczenie trochę do tego przywykło, co bliżsi to już wiedzą, że nawet jak nie zapytają co u mnie to i tak im powiem, więc czasem obustronnie omijamy dzienną porcję kiziania i głasków. Tylko walę od razu między żebra. W sumie jak już powiem co mam do powiedzenia to zazwyczaj jest po bólu.
Hecność całej sytuacji polega na tym, że o wszystkim co mnie kiedykolwiek interesowało dowiedziałam się od innych ludzi. Z tych krótkich zdań między moim pierwszym oddechem a drugim. Myślę sobie zatem, że jednak mniej często znaczy więcej. Może właśnie dlatego Antonii Słonimski ponoć kiedyś napisał recenzję filmu złożoną z dwóch słów "Krótka rolka". Koniec. Amen.
4 marca 2013
"Umówmy się, że wszystko co teraz widzisz jest naprawdę"
Taką nietypową propozycję złożył mi Wojciech Smarzowski ustami głównego bohatera "Małżowiny". Ok, myślę i zaczynam się rozglądać. W pierwszych minutach filmu jednak okazuje się, że pewne są tylko trzy rzeczy.
Po pierwsze: jestem w kinie (bo siedzę w fotelu, obok mężczyzna, który z czasem okazuje się być koneserem libacyjnego humoru, wszak najbardziej śmieszą go wszystkie postimprezowe sceny, w których zamiennie się rzyga i siedzi na klopie. Po mojej drugiej stronie koleżanka - współtowarzyszka seansu, której dla odmiany nic nie śmieszy. Za mną rząd ludzi gapiących się bardziej bądź mniej refleksyjnie w ekran. Ustalenie pierwsze trafne - kino!).
Po drugie: Na ekranie widzę M., który jest mężczyzną o dość dekadenckim wyglądzie w powyciąganym czarnym swetrze. I który chyba nie lubi spodni, bo nosi je niezwykle rzadko, a cała jego garderoba to właśnie ów sweter, t-shirt - czarny, a jakże! oraz płaszcz, pewnie dla kontrastu - (ta, biały - chciałbyś!) - szary! M. postanowił mi pokazać swoje nowe mieszkanie, bo właśnie mi powiedział, że zostawił swój stary dom i wymyślił sobie następny. No cóż. Można by stwierdzić, że wymyślanie to nie jest najwybitniej rozwinięta umiejętność u M. Wpuszcza mnie do mieszkania w którym dekorator wnętrz o artystycznym usposobieniu nie mógłby wiele zrobić. Jedna umywalka, jeden balkon, jedno łóżko, jeden stół, jedna szafa z lustrem. I jedna siekiera, ale za to za szafą. Wszystko jest odrapane, brudne, wczesnogierkowskie i trochę klaustrofobiczne. Mam poczucie, że to miejsce pasuje do M. i przekonanie, że stąd się nie wychodzi. Ustalenie drugie trafne - poznałam smutasa.
Po trzecie: M. jest pisarzem z dorobkiem. Ma na koncie jedną książką o dzieciństwie. Takie podobno najłatwiej pisać, bo każdy miał dzieciństwo. Pracuje nad drugą.
No to rzeczy pewne mamy ustalone. Potem już niczego nie jestem pewna, ale skoro umówiłam się, że wszystko jest naprawdę to staram się słowa dotrzymać. Ale z każdą minutą coraz mniej wiem co widzę. Chyba przestałam być w kinie! Cholera! Chyba jestem w teatrze! Chłoptaś o szczeniackim poczuciu humoru i kobieta obok to żaden dowód na moje położenie. Do teatru też chodzą ludzie. No i M. mówi do mnie prozą, która w większości zmieściłaby się na kilku stronach maszynopisu. Na dodatek wcale nie jestem z M. za pan brat. Właśnie się zorientowałam, że go podglądam okiem jednej kamery. To dlatego widzę tylko jeden kawalersko umeblowany pokój i długi korytarz. Trochę się wstydzę.
"- Ty, a o czym będzie Twoja nowa książka?
- O życiu.
- No, ale to co w niej będzie?
- Wszystko. Krew, pot, morderstwo, sex.
- Ty, ale to nie za ciężki temat?"
Zaczynam podejrzewać, że M. szuka inspiracji do swojej nowej książki, że jeszcze nic nie wie, ale za nic na świecie nie da po sobie tego poznać, bo przecież ma wyobraźnię. Jestem więc w wymyślonym domu, w którym odbywają się liczne spotkania towarzyskie, pijackie imprezy, maszyna do pisania ciągle chodzi, choć ani jedna kartka nie została zapisana w całości. Jestem w domu, którego mieszkaniec podgląda swoich sąsiadów przez judasza w drzwiach. Dlaczego do licha nie robi tego przez okno? (Niemniej, to poniekąd usprawiedliwia moje podglądanie M. i włażenie mu w prywatność z buciorami. Jest wszak tak zajęty, że nie ma szans, żeby mnie zauważył i wyrzucił jedynymi - poza balkonowymi - drzwiami, które ma).
Podejrzewam w związku z tym, że w takim układzie jestem obserwatorem świata M. I to tym razem jest jedyna rzecz, którą widzę naprawdę. Bo już nie wiem, czy sąsiadów wymyślił, czy to oni go inspirują. Ale widzę, że ma wyobraźnię i że jego praca twórcza to krew, pot, łzy i alkohol.
Taki to jest właśnie film, w którym wszystko raczej podejrzewasz niż wiesz i raczej przeczuwasz niż rozumiesz. Jednocześnie jest to obraz, który warto obejrzeć, choćby dlatego, żeby zobaczyć, że Muniek Staszczyk od 1998 r. nie zmienia się nawet w zakresie ilości włosów na głowie, a Marcin Świetlicki swoim cyniczno - ujmującym głosem bardzo dobrze tworzy alternatywny świat, który może Cię trochę uwierać, będzie Ci ciasno, zimno, czasem niewygodnie, ale warto tam zagościć. Kiedy ostatnio spędziłeś w obcym miejscu 64 minuty?
Jeśli Samrzowski, będzie się z Tobą chciał umówić na to samo co ze mną i mu przytakniesz to będzie Ci trudniej, bo nie utrzymasz się trzymając się kurczowo rzeczywistości.
Po pierwsze: jestem w kinie (bo siedzę w fotelu, obok mężczyzna, który z czasem okazuje się być koneserem libacyjnego humoru, wszak najbardziej śmieszą go wszystkie postimprezowe sceny, w których zamiennie się rzyga i siedzi na klopie. Po mojej drugiej stronie koleżanka - współtowarzyszka seansu, której dla odmiany nic nie śmieszy. Za mną rząd ludzi gapiących się bardziej bądź mniej refleksyjnie w ekran. Ustalenie pierwsze trafne - kino!).
Po drugie: Na ekranie widzę M., który jest mężczyzną o dość dekadenckim wyglądzie w powyciąganym czarnym swetrze. I który chyba nie lubi spodni, bo nosi je niezwykle rzadko, a cała jego garderoba to właśnie ów sweter, t-shirt - czarny, a jakże! oraz płaszcz, pewnie dla kontrastu - (ta, biały - chciałbyś!) - szary! M. postanowił mi pokazać swoje nowe mieszkanie, bo właśnie mi powiedział, że zostawił swój stary dom i wymyślił sobie następny. No cóż. Można by stwierdzić, że wymyślanie to nie jest najwybitniej rozwinięta umiejętność u M. Wpuszcza mnie do mieszkania w którym dekorator wnętrz o artystycznym usposobieniu nie mógłby wiele zrobić. Jedna umywalka, jeden balkon, jedno łóżko, jeden stół, jedna szafa z lustrem. I jedna siekiera, ale za to za szafą. Wszystko jest odrapane, brudne, wczesnogierkowskie i trochę klaustrofobiczne. Mam poczucie, że to miejsce pasuje do M. i przekonanie, że stąd się nie wychodzi. Ustalenie drugie trafne - poznałam smutasa.
Po trzecie: M. jest pisarzem z dorobkiem. Ma na koncie jedną książką o dzieciństwie. Takie podobno najłatwiej pisać, bo każdy miał dzieciństwo. Pracuje nad drugą.
No to rzeczy pewne mamy ustalone. Potem już niczego nie jestem pewna, ale skoro umówiłam się, że wszystko jest naprawdę to staram się słowa dotrzymać. Ale z każdą minutą coraz mniej wiem co widzę. Chyba przestałam być w kinie! Cholera! Chyba jestem w teatrze! Chłoptaś o szczeniackim poczuciu humoru i kobieta obok to żaden dowód na moje położenie. Do teatru też chodzą ludzie. No i M. mówi do mnie prozą, która w większości zmieściłaby się na kilku stronach maszynopisu. Na dodatek wcale nie jestem z M. za pan brat. Właśnie się zorientowałam, że go podglądam okiem jednej kamery. To dlatego widzę tylko jeden kawalersko umeblowany pokój i długi korytarz. Trochę się wstydzę.
"- Ty, a o czym będzie Twoja nowa książka?
- O życiu.
- No, ale to co w niej będzie?
- Wszystko. Krew, pot, morderstwo, sex.
- Ty, ale to nie za ciężki temat?"
Zaczynam podejrzewać, że M. szuka inspiracji do swojej nowej książki, że jeszcze nic nie wie, ale za nic na świecie nie da po sobie tego poznać, bo przecież ma wyobraźnię. Jestem więc w wymyślonym domu, w którym odbywają się liczne spotkania towarzyskie, pijackie imprezy, maszyna do pisania ciągle chodzi, choć ani jedna kartka nie została zapisana w całości. Jestem w domu, którego mieszkaniec podgląda swoich sąsiadów przez judasza w drzwiach. Dlaczego do licha nie robi tego przez okno? (Niemniej, to poniekąd usprawiedliwia moje podglądanie M. i włażenie mu w prywatność z buciorami. Jest wszak tak zajęty, że nie ma szans, żeby mnie zauważył i wyrzucił jedynymi - poza balkonowymi - drzwiami, które ma).
Podejrzewam w związku z tym, że w takim układzie jestem obserwatorem świata M. I to tym razem jest jedyna rzecz, którą widzę naprawdę. Bo już nie wiem, czy sąsiadów wymyślił, czy to oni go inspirują. Ale widzę, że ma wyobraźnię i że jego praca twórcza to krew, pot, łzy i alkohol.
Taki to jest właśnie film, w którym wszystko raczej podejrzewasz niż wiesz i raczej przeczuwasz niż rozumiesz. Jednocześnie jest to obraz, który warto obejrzeć, choćby dlatego, żeby zobaczyć, że Muniek Staszczyk od 1998 r. nie zmienia się nawet w zakresie ilości włosów na głowie, a Marcin Świetlicki swoim cyniczno - ujmującym głosem bardzo dobrze tworzy alternatywny świat, który może Cię trochę uwierać, będzie Ci ciasno, zimno, czasem niewygodnie, ale warto tam zagościć. Kiedy ostatnio spędziłeś w obcym miejscu 64 minuty?
Jeśli Samrzowski, będzie się z Tobą chciał umówić na to samo co ze mną i mu przytakniesz to będzie Ci trudniej, bo nie utrzymasz się trzymając się kurczowo rzeczywistości.
25 lutego 2013
"always sticking emotions in things that have no emotions"
" - Dzień dobry, co podać?
- Kajzerkę poproszę i mleko może jeszcze i kawę, ale tę zieloną, bo mówię Pani ta niebieska taka lura, że nikt mi w domu tego pić nie chce.
- Mnie smakuje! 13,40!"
"- Dobrze, że jesteś. Weź te zaległe faktury wystaw i zanieś do Jadzi.
- Mam dwa pytania
- Ale szybko, bo jestem jedną nogą na ulicy już.
- Na kiedy? I kim jest Jadzia?
- Na za godzinę. Jadzia to ta dziewczyna co to sama w kącie siedzi i tak dziwnie mruczy jak mówi "dziękuję"
- Chyba warczy.
- Wolę myśleć, że mruczy."
"- Idę do domu, będę sobie dzisiaj sklejać ikebanę z koleżankami i popijać drinki z palemką.
- Znalazłabyś sobie jakieś normalne hobby w końcu!
- Jak w zeszłym tygodniu chodziłam na spotkania anonimowych fascynatów wierszy międzywojennych wydawanych po węgiersku, to też Ci się nie podobało!
- Dom posprzątaj, syf tu taki, że przejść nie można"
"- A wczoraj oglądałem wiadomości i podobno znowu to wszystko wina Tuska
- A co konkretnie?
- Nie wiem, tak dokładnie nie słyszałem. Właściwie to żona rano coś mówiła, ale................"I tak dalej i tak dalej i tak dalej.
- Dom posprzątaj, syf tu taki, że przejść nie można"
"- A wczoraj oglądałem wiadomości i podobno znowu to wszystko wina Tuska
- A co konkretnie?
- Nie wiem, tak dokładnie nie słyszałem. Właściwie to żona rano coś mówiła, ale................"I tak dalej i tak dalej i tak dalej.
Słowa, słowa, słowa chciałoby się rzec. Nie wiem ile człowiek przeciętnie słów słyszy w ciągu dnia (swoich lub cudzych), ale lwia część z nich sama w sobie nic nie znaczy. Są jednak takie wyrazy czy zwroty, które działają na nas gorzej niż źle i powinny dostać nagrodę słowotwórczej Złotej Maliny. I nie mówię tu o wiodących prym zbitkach liter składających się na "śmierć", "głód", "bezrobocie", czy "teściowa od jutra mieszka z nami". Umówmy się, że bez odpowiedniego kontekstu sytuacyjno - społecznego te akurat słowo-zwroty nie mają znaczenia, ok?
Ale są inne. Ja przynajmniej znam takie, na dźwięk których mój mózg zaczyna pytać dlaczego dziesięć lat temu nie postanowiłam zostać samotnym, saharyjskim wędrowcem albo chociaż mnichem w buddyjskim klasztorze.
Jakie to słowa?
Dwa.
Pierwsze: Poświęcenie.
Zestawienie "a ja się tak dla Ciebie poświęciłam / poświęciłem" to już jest level hard i sygnał, że na sto procent zaraz zacznie się niekończąca się wyliczanka o tym co się kryje pod "tak" oraz "dla Ciebie". Jestem zdania, że człowiek wytaczający w jakimkolwiek dialogu tak ciężkie działo wyhodował sobie na własny użytek małego pupila, który wizualnie może przypominać a to Małego Głoda, a to - u tych bardziej romantycznych - Serce albo Rozum (to akurat pewnie raczej u miłośników medycyny i racjonalistów), który jednak w momencie wyartykułowania tych słów przestał być pluszakiem z ładnymi oczkami. Stał się monster of the year. Bo narzuca problemy poświęcającego, temu w imię którego było poświęcane. I zostaje Ci albo rozłożyć ręce i powiedzieć, że Twoje poświęcenie to Twój wybór, albo docenić i uciekać chodem nierychliwym acz stanowczym, ewentualnie od razu brać nogi za pas. To jest słowo z którym nie wiadomo co zrobić.
Drugie: Zrobię za Ciebie. Czasem przybiera formę "pomogę Ci".
Słowo-zwrot, który uwielbiają głównie matki dzieci mniejszych i większych. Naturalna tendencja człowieka do lenistwa nie pozwala zaprotestować w przypadku takiej oferty samopomocowej - to z jednej strony, a z drugiej intuicja mówi, że skoro moje koleżanki w przedszkolu już potrafią wiązać buty, a ja jeszcze nie, to coś tu do licha poszło nie tak! Co bardziej uparte maluchy to się zaprą i sobie same próbują na tych bucikach wiązać supełki, nawet jeśli ich cały obuwniczy arsenał to buty na rzepy i klapki (wszak mama zadbała, żebyś się o byle sznurki nie potykał, czyż nie?). Inne dzieci się nie bronią i dorastają w przekonaniu, że można się nauczyć jeździć na rowerze oglądając Wyścig Pokoju.
Znasz słowa bardziej hamujące rozwój?
Znasz słowa bardziej hamujące rozwój?
18 lutego 2013
The name of the game is...?
"- Ty wiesz, co! Udało mi się dzisiaj zrobić wszystko co planowałem!" - usłyszał podróżujący Pielk i nadstawił ucha i oka. Ucha, żeby potencjalnie dowiedzieć się jak planować, a oka żeby sprawdzić czy przypadkiem współpasażer nie jest odpowiednim kandydatem na Pielko-Męża, bo Pielk już wie z obserwacji i doświadczeń przeróżnych, że sto procent wykonanego planu to - umówmy się: elita ludzkości. Okazało się jednak, że za myślą pana pasażera nie szło już zupełnie nic więcej. Ot, pochwalił się przed kolegą. I z oświadczyn nici, ze ślubu nici, hormony nie buzują, a w ogóle to pewnie mu tam raz wyszło i wielkie halo.
Po pierwotnym oburzeniu, że jednak podróżując pociągiem nie dowiem się jak żyć (swoją drogą od premiera się nie dowiedziałam, od przyjaciół się nie dowiedziałam, od rodziny również, od przypadkowych przechodniów także, to jest to dla mnie wystarczający argument, żeby uznać, że są takie rzeczy, które sama samiusieńka wiem najlepiej) przyszła do mnie - być może prosta, acz pewnie mniej instynktowna - myśl, że: panu się nie udało tylko się nauczył. Z tym, że nie tego jak planować (bo to też żadna filozofia, każdy poradnik dla opornych Ci powie. Nawet ten, który w ogóle nie będzie związany z tym czego w nim szukasz. Chcesz schudnąć? Planuj! Chcesz awansu w pracy? Zaplanuj cel!), ale tego jak się nie przeceniać.
Swego czasu codziennie wieczorem siadałam z kartką i długopisem i zastanawiałam się nad tym co mam do zrobienia następnego dnia. Kartka była formatu A4. Potrafiłam zapisać całą i nawet mi przez myśl nie przeszło, że nie dam rady, bo jutrzejsza doba ma dokładnie tyle samo godzin co ta dziś. Ba, w samym fakcie zapisania jednej strony widziałam nadzieję - wszak zabazgrałam papier tylko jednostronnie! Każdy punkt miał podpunkt, potem jeszcze literki i myślniki, a na koniec priorytetowo na zielono to co nie jest takie superważne, ale chętnie bym zrobiła a na czerwono to co muszę już zrobić, bo dziś nie zdążyłam i przełożyłam na to cholerne jutro. Aaaaaa! I guzik. Podczas planowania, zawsze, ale to zawsze wydawało mi się, że jestem superherosem tyle, że bez fikuśnych rajstopek, światowej sławy i umiejętności latania.
Nie jestem.
Po pięćdziesiątej próbie naprawienia świata za pomocą kolorowej kartki A4 mój plan na jutro ma dziesięć punktów.
Po pierwotnym oburzeniu, że jednak podróżując pociągiem nie dowiem się jak żyć (swoją drogą od premiera się nie dowiedziałam, od przyjaciół się nie dowiedziałam, od rodziny również, od przypadkowych przechodniów także, to jest to dla mnie wystarczający argument, żeby uznać, że są takie rzeczy, które sama samiusieńka wiem najlepiej) przyszła do mnie - być może prosta, acz pewnie mniej instynktowna - myśl, że: panu się nie udało tylko się nauczył. Z tym, że nie tego jak planować (bo to też żadna filozofia, każdy poradnik dla opornych Ci powie. Nawet ten, który w ogóle nie będzie związany z tym czego w nim szukasz. Chcesz schudnąć? Planuj! Chcesz awansu w pracy? Zaplanuj cel!), ale tego jak się nie przeceniać.
Swego czasu codziennie wieczorem siadałam z kartką i długopisem i zastanawiałam się nad tym co mam do zrobienia następnego dnia. Kartka była formatu A4. Potrafiłam zapisać całą i nawet mi przez myśl nie przeszło, że nie dam rady, bo jutrzejsza doba ma dokładnie tyle samo godzin co ta dziś. Ba, w samym fakcie zapisania jednej strony widziałam nadzieję - wszak zabazgrałam papier tylko jednostronnie! Każdy punkt miał podpunkt, potem jeszcze literki i myślniki, a na koniec priorytetowo na zielono to co nie jest takie superważne, ale chętnie bym zrobiła a na czerwono to co muszę już zrobić, bo dziś nie zdążyłam i przełożyłam na to cholerne jutro. Aaaaaa! I guzik. Podczas planowania, zawsze, ale to zawsze wydawało mi się, że jestem superherosem tyle, że bez fikuśnych rajstopek, światowej sławy i umiejętności latania.
Nie jestem.
Po pięćdziesiątej próbie naprawienia świata za pomocą kolorowej kartki A4 mój plan na jutro ma dziesięć punktów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)